drogazen
 Home
 Haiku
 budda
 czteryprawdy
 okozen
 drogazen
 wielkapieczec
 gest
 Tradyc. Tybetu
 linki
 prosto
 Odyseja
Okładka książki

Dochodzi więc do tego, że jestem utożsamiany przede wszystkim z tym, co już nie istnieje, a nie z tym, co jest obecnie. Należy sobie uzmysłowić, czym jest wybór wspomnień i przeszłych zdarzeń składających się na tożsamość człowieka. Z niezliczonych zdarzeń i doświadczeń niektóre zostały uznane za ważne i wyłowione - można by rzec: wyabstrahowane - przy czym kryterium

 ważności ustalone zostało, rzecz jasna, podług konwencjonalnych wzorców. Esencją wiedzy konwencjonalnej jest właśnie system abstrakcji. Składają się nań znaki i symbole, w których rzeczy i zdarzenia zostały zredukowane do ogólnych zarysów, podobnie jak chiński ideogram jen znaczy "człowiek", gdyż jest skraj nym uproszczeniem i uogólnieniem kształtu ludzkiego ciała.

Picture

Abstrakcja jest więc niemal niezbędna dla komunikacji, gdyż umożliwia przedstawianie naszych doświadczeń prostymi i energicznymi "ogarnięciami" umysłu. Powiedzenie, że możemy myśleć tylko o jednej rzeczy naraz, jest jak stwierdzenie, iż oceanu nie da się wypić jednym haustem. Potrzebna jest szklanka, aby opróżnić go stopniowo, łyk po łyku. Abstrakcje i konwencjonalne znaki są jak owa szklanka: redukują doświadczenie do jednostek prostych na tyle, że możliwe staje się ich zrozumienie jedna po drugiej.

Porównajmy, dla przykładu, jak łatwo zademonstrować komuś sposób zawiązania skomplikowanego węzła, a jak trudno wytłumaczyć mu to jedynie słowami.

Świat konwencjonalny, względny, jest z konieczności światem przeciwieństw. Światła nie sposób sobie wyobrazić w oderwaniu od ciemności; porządek bez nieporządku nie ma żadnego sensu; podobnie góra bez dołu, dźwięk bez ciszy, przyjemność bez cierpienia.

Allan W. Watts

Łatwo dostrzec umowny charakter rzeczy. Zwyczajowo organizm ludzki traktuje się jako jedną całość, choć z fizjologicznego punktu widzenia jest on tyloma całościami, z ilu części czy organów się składa, a z punktu widzenia socjologii stanowi on zaledwie cząstkę większej całości zwanej grupą.

Im bardziej staramy się ogarnąć świat, tym bardziej staje się on zmienny. Rzeczywistość sama w sobie nie jest ani trwała, ani nie trwała - nie da się zaklasyfikować. Lecz kiedy staramy się ją pochwycić, wszędzie uwidaczniają się zmiany. Zupełnie jak z cieniem - im szybciej go gonimy, tym szybciej nam ucieka.

 Pragnienie sprawowania pełnej kontroli nad otoczeniem i samym sobą opiera się na głębokiej nieufności kontrolującego. Pomieszanie polega na nieuświadamianiu sobie fundamentalnej sprzeczności wewnętrznej tkwiącej w takim stanowisku. Wynikające z niego bezowocne próby ogarnięcia bądź kontrolowania świata są dręczącym blokowaniem samego siebie, a prowadzone życie błędnym kołem, które w hinduizmie i buddyzmie nazywane jest samsarą - Kołem narodzin i śmierci. Czynna zasada koła znana jest jako karma, czyli "działanie uzależnione", to jest takie, które wynika z jakiegoś motywu i zmierza do osiągnięcia pewnego celu. Jest to ten rodzaj działania, który przechodzi do dalszego działania tylko w razie konieczności. Człowiek uwikłany jest w karmę, gdy ingeruje w otoczenie w taki sposób, że jest zmuszany do dalszej ingerencji; kiedy rozwiązanie jakiegoś problemu stwarza nowe problemy, które trzeba rozwiązać; kiedy kontrolowanie jednej rzeczy rodzi potrzebę kontrolowania kilku następnych. Karma staje się więc udziałem każdego, kto "próbuje być Bogiem".

Doskonałe pamiętanie jest nieustającą świadomością lub obserwacją własnych doznań zmysłowych, uczuć i myśli - bez żadnego celu i komentarza. Jest to stan całkowitej jasności i obecności umysłu, aktywna bierność, w której zdarzenia pojawiają się i znikają jak odbicia w lustrze: nic nie jest odzwierciedlane poza tym, co jest.

Nie ma umysłu z jednej strony i jego doświadczeń z drugiej - istnieje tylko proces doświadczania, w którym nie ma niczego, co dałoby się ogarnąć jako przedmiot, ani nikogo, kto mógłby cokolwiek ogarnąć jako podmiot.

Owa niedwoistość umysłu, kiedy nie jest on już oddzielony od samego siebie, zwana jest samadhi i ponieważ ustaje bezowocne rozszczepianie się umysłu w wysiłkach samoogarnięcia, jest to stan głębokiego spokoju.

 Natomiast pełna niepokoju zaduma nad tym, co się stanie ze mną, kiedy umrę, jest w gruncie rzeczy pytaniem o to, co się stanie z moją pięścią, kiedy rozewrę dłoń, czy gdzie zniknie mój uśmiech kiedy spoważnieję.

Tylko cierpienie jest - nikogo, kto cierpi;
Jest czyn, lecz sprawcy jego nie ma;
Nirwana też, choć nikt nie szuka jej;
Jest Ścieżka, lecz nikt po niej nie stąpa.

Jeśli bowiem nirwana jest stanem, w którym próby uchwycenia rzeczywistości całkowicie ustały - poprzez uświadomienie sobie niemożliwości jej uchwycenia - absurdem byłoby uważać samą nirwanę za coś, co można uchwycić lub osiągnąć. Jeśli jeszcze przyjąć, że ego jest tylko pewną konwencją, nonsensem byłoby uważać nirwanę za stan, który może zostać osiągnięty przez jakąś istotę.

Jeśli chwytając się życia, wikłam się w błędne koło, jak mam się nauczyć nie chwytać? Wyrażając to inaczej, powiemy, że staranie się, aby nie chwytać, jest tym samym co chwytanie, ponieważ w obu wypadkach pobudki są takie same - jest to nasze usilne pragnienie wybawienia się z kłopotu. Nie możemy się pozbyć tego pragnienia, gdyż jest ono dokładnie tym samym pragnieniem co pragnienie pozbycia się go! Jest to znany, powszedni problem psychologicznego "podwójnego związania", polegającego na powstaniu problemu z próby rozwiązania go, na martwieniu się, że się martwimy, i na obawie przed strachem.

(...)żadna rzecz nie ma "natury istoty" (swabhawa) czy niezależnej rzeczywistości, ponieważ istnieje tylko w odniesieniu do innych rzeczy. Nic we wszechświecie nie może trwać samo w sobie - żadna rzecz, żaden fakt, żadna istota, żadne zdarzenie - i z tej przyczyny absurdem jest wyróżniać cokolwiek jako ideał, do którego należałoby dążyć. Wszystko, co zostało wyróżnione, istnieje jedynie w odniesieniu do swego przeciwieństwa, ponieważ to, co jest, określane jest przez to czym nie jest; przyjemność określana jest przez cierpienie, życie określane jest przez śmierć, a ruch określany jest przez spoczynek. Jest najzupełniej jasne, że umysł nie może sobie wyrobić żadnego pojęcia o tym, co zanczy "być", bez pomocy kontrastu "nie być".

Z logicznego punktu widzenia sąd "wszystko jest umysłem" nie mówi nic ponad to, że wszystko jest wszystkim. Jeśli bowiem nieistnieje nic, co nie jest umysłem, słowo to nie należy do żadnej klasy i nie ma żadnych granic, żadnej definicji. Równie dobrze można by użyć słowa "itepe" - co w zasadzie buddyzm uczynił, stosując bezsensowne słowo tathata. Zadaniem takich bezsensownych określeń jest zwrócenie naszej uwagi na to, że logika i znaczenie - z zakodowaną w sobie dwoistością - są własnością myśli i języka, a nie otaczającego nas świata. W niewerbalnym konkretnym świecie nie ma żadnych klas i żadnych symboli, które znaczą lub oznaczają cokolwiek innego niż siebie same. Stąd w świecie nie ma też dwoistości. Dualizm pojawia się bowiem przy klasyfikacji, kiedy rozdzielamy nasze doświadczenia do przegródek w naszych umysłach - przegródka, aby być przegródką, musi mieć wnętrze odgrodzone od części zewnętrznej.

 Każdemu z pięciu zmysłów przypisany jest odpowiedni rodzaj świadomości, dalej jest szósta zmysło-świadomość (mano-widźniana) jednocząca pozostałe pięć, dzięki czemu to, co dotykane czy słyszane, może być odniesione do tego, co widziane; dalej jest manas, ośrodek różnicującej i klasyfikującej aktywności umysłu; ostatnim jest "świadomość zasobnik" (alaja-widźniana) - ponadjednostkowy umysł zawierający zaczątki wszystkich możliwych form.

 Tak więc proces powstawania świata form, zgodnie z opisem jogaćary, wynika spontanicznie ze "świadomości-zasobnika", przebiega dalej ku manas, gdzie tworzą się pierwsze rozróżnienia, skąd kierowany jest do sześciu zmysło-świadomości, które wytwarzają narządy odpowiednich zmysłów, czyli "wrota" (ajanta), dzięki którym tworzy się ostateczny obraz poklasyfikowanego świata zewnętrznego.

Myśli pojawiają się i znikają samoistnie, dzięki mądrości nie ma bowiem żadnej przeszkody. Oto jest samadhi pradźni i naturalne wyzwolenie. Taka jest praktyka "nie-myśli". Lecz jeśli nie myślisz w ogóle o niczym i tym samym zmuszasz tok myślenia, by się zatrzymał, to jest tak, jakbyś był zawiązany w węzeł przez metodę; nazywa się to ograniczonym widzeniem.

 Prawdziwa dhjana to uświadomienie sobie, że nasza własna natura jest jak przestrzeń oraz że myśli i wrażenia pojawiają się i znikają w tym "pierwotnym umyśle" jak ptaki na niebie, nie pozostawiając żadnego śladu.

Kiedy bowiem spytano go o poszukiwanie natury buddy, Po-chang odpowiedział:"To zupełnie tak, jakbyś jechał poszukiwać wołu, siedziąc na jego grzbiecie".

W buddyzmie nie ma miejsca na czynienie wysiłków. Po prostu bądźcie zwyczajni i przeciętni. Wypróżniajcie się i jedzcie. Kiedy jesteście zmęczeni, idźcie się położyć. Ludzie, którym brak wiedzy, mogą się ze mnie śmiać, ale mądrzy zrozumieją.(...)Udając się z miejsca na miejsce, jeśli będziecie każde uważać za swój dom, wszystkie one będą prawdziwe, powstających okoloczności nie wolno wam bowiem próbować zmieniać. W ten sposób wasze zwyczajne przyzwyczajenia w odczuwaniu, które tworzą karmę dla Pięciu Piekieł, staną się samoistnie Wielkim Oceanem Wyzwolenia.

Chodzi o zrozumienie, że wiara w możliwość oddzielenia tego, co przyjemne i dobre, od tego, co bolesne i złe, jest wszechobecną ułudą.

 Powodzenie to zawsze klęska - im lepiej się komuś wiedzie, tym większą odczuwa potrzebę, aby dalej mu się dobrze wiodło. Jeść znaczy żyć dalej po to, aby znów być głodnym.
 Ułuda znaczącej poprawy powstaje w chwilach kontrastu, kiedy na przykład przewracamy się z lewego boku na prawy w twardym łóżku. Nowa pozycja jest lepsza tak długo, jak długo jesteśmy w stanie odczuć różnicę, lecz wkrótce i w tej pozycji zaczynamy się czuć zupełnie tak samo jak w poprzedniej. Kupujemy więc sobie wygodniejsze łóżko i przez jakiś czas śpimy spokojnie.Lecz rozwiązanie naszego problemu pozostawia w świadomości dziwną pustkę, którą wkrótce wypełnia uczucie kolejnego nieznośnego kontrastu, do tej pory niezauważane, a tak naglące i równie męczące jak problem twardego łóżka. Owa pustka powstaje, ponieważ odczucie wygody może trwać jedynie w odniesieniu do odczucia niewygody, podobnie jak obraz może być widziany tylko dzięki tłu, które z nim kontrastuje.

(...)Zen nie przyjmuje postawy, iż jedzenie w celu zaspokajania głodu jest tak całkowicie pozbawionw sensu, że już lepiej się zagłodzić; nie jest też na tyle nieludzki, by zakazywać drapania, kiedy nas coś swędzi. Rozczarowanie pogonią za dobrem nie wyraża się grzechem bezczynności, która miałaby stanowić jego nieuniknioną alternatywę; sytuacja człowieka przypomina bowiem sytuację pcheł na gorącej płycie. Żadna z dwóch możliwości nie jest wyjściem z opresji, jako że pchła, która spada, musi znów skoczyć, a pchła, która skacze, musi spaść z powrotem na gorącą płytę. Wybieranie jest absurdalne ponieważ nie ma żadnego wyboru.

Nie jest to zwykłe pogodzenie się z faktem, że kiedy jest gorąco, to się pocimy, kiedy jest zimno to drżymy, kiedy jesteśmy głodni, to jemy, i kiedy jesteśmy zmęczeni to śpimy. Pogodzenie się z losem zakłada istnienie kogoś, kto się z losem godzi, kto jest bezwolną kukiełką kierowaną przez okoliczności, a według zen nikogo takiego nie ma. Dualizm podmiotu i przedmiotu, poznającego i poznawanego uznaje się za tak samo względny, współzależny i nierozdzielny jak każdy inny. Nie pocimy się ponieważ jest gorąco; pocenie się jest gorącem. Równie prawdziwe jest stwierdzenie, że słońce jest światłem, ponieważ istnieją oczy, co stwierdzenie, że oczy widzą światło, ponieważ istnieje słońce.

 Ludzkie doświadczenie jest określone tyleż przez przedmioty zewnętrzne, których obecność odkrywa umysł, co przez jego naturę i strukturę jego zmysłów.

Nasz problem polega na tym, że potęga myśli umożliwia nam konstruowanie symboli rzeczy, które są różne od samych rzeczy. Zdolność ta obejmuje również tworzenie symboli, pewnych wyobrażeń nas samych, nami nie będących. Ponieważ takie wyobrażenie znacznie łatwiej ogarnąć niż otaczającą nas rzeczywistość, a symbol trwa znacznie dłużej od faktu, uczymy się identyfikować siebie z wyobrażeniami nas samych.

Czuję, że decyduję o wszystkim, co mi się przydarza, albo czuję, że wszystko, łącznie z moimi decyzjami, po prostu dzieje się spontanicznie. Albowiem decyzja - moje najmniej skrempowane działanie - po prostu się przytrafia, podobnie jak czkawka wewnątrz mnie czy śpiewający ptak poza mną.

Utożsamianie się człowieka ze swoim wyobrażeniem siebie daje mu złudne i niepewne poczucie trwałości. Takie wyobrażenie jest bowiem stosunkowo stałe - opiera się bowiem na starannie wybranych wspomnieniach z jego przeszłości,które z natury zachowują się w niezmiennej formie. Konwencja społeczna jeszcze przydaje owemu wyobrażeniu stałości - przecież użyteczność symboli zależy właśnie od ich trwałośći. Tak więc konwencja wyrabia w człowieku nawyk utożsamiania swojego wyobrażenia o sobie z równie abstrakcyjnymi i symbolicznymi rolami i stereotypami, gdyż te pomogą mu w nadaniu jego wyobrażeniu określoności i zrozumiałości. Im bardziej jednak człowiek utożsamia się z tym ustalonym wyobrażeniem, tym wyraźniej postrzega on "życie" jako coś, co przepływa obok niego - coraz to szybciej i szybciej wraz z upływem lat, kiedy jego wyobrażenie ugruntowuje się coraz bardziej, podpierane rosnącą liczbą wspomnień. Im bardziej desperacko człowiek stara się kurczowo trzymać świata, tym silniejsze jest jego przeświadczenie, że świat jest nieprzerwanie toczącym się procesem.

 Jedna sutra powiada:"Na ciało składa się jedynie grupa połączonych ze sobą elementów". Kiedy powstaje, powstają jedynie te elementy. Kiedy przestaje istnieć, jedynie te elementy przestają istnieć. Lecz kiedy te elementy powstają, nie mów: "Ja powstaje" i kiedy przestają istnieć, nie mów: "Ja przestaje istnieć". Podobnie jest z myślami wcześniejszymi, myślami późniejszymi i myślami pomiędzy tymi dwoma: myśli następują po sobie, nie będąc ze sobą połączone. Każda jest niewzruszenie spokojna.

 Kwiaty odchodzą, gdy tak bardzo nie chcemy ich tracić;
 Chwasty przychodzą, gdy tak bardzo nie chcemy patrzeć, jak rosną.

Zen poczyna się więc z rozczarowania dążeniem do celów, które w rzeczywistości nie istnieją - dobro bez zła, zaspokajanie jakiegoś "ja", które jest jedynie wyobrażeniem, i jutro, które nigdy nie nadchodzi. Wszystko to bowiem jest ułudą symboli pozorujących rzeczywistość i pogoń za nimi przypomina rozbijanie głowy o mur, na którym jakiś malarz, korzystając z konwencji perspektywy, wymalował otwartą bramę. Krótko mówiąc, zen rozpoczyna się w punkcie, w którym nie ma już czego szukać, gdzie nie można już niczego uzyskać.

 Kiedy czytamy trudną książkę, na nic zda się myślenie:"muszę się skoncentrować", ponieważ zaczynamy myśleć o skoncentrowaniu się, a nie o tym, co autor ma nam do powiedzenia. Tak samo, kiedy poznajemy lu praktykujemy zen, na nic zda się myślenie o zen.

 Na poziomie bezpośredniej percepcji, kiedy szukamy rzeczy, nie istnieje nic poza umysłem, kiedy zaś szykamy umysłu, nie istnieje nic poza rzeczami. Przez moment jesteśmy sparaliżowani, gdyż wydaje się nam, że nie mamy podstaw działania, nie mamy gruntu pod nogami, od którego moglibyśmy się odbić. Lecz przecież zawsze tak było i po chwili przekonujemy się, że możemy działać, mówić i myśleć ze zwykłą nam swobodą, aczkolwiek w nieznanym i wspaniałym nowym świecie, z którego zniknęły "ja" i "inni","umysł" i "rzeczy".

Owa "samość" jest naturalnym sposobem działania umysłu i świata - oczy same widzą, uszy same słyszą, usta otwierają się same bez konieczności rozwierania ich palcami.

Zaplanowana naturalność i zamierzona szczerość są wewnętrznie całkowicie sprzeczne. To nie odkrycie, lecz przykrycie "pierwotnego umysłu". Tak więc starać się być naturalnym oznacz być sztucznym.

Kiedy bowiem człowiek jest tak bardzo uczulony na swoim punkcie, kiedy tak bardzo się kontroluje, że nie potrafi sobie pozwolić na spontaniczne działanie, waha się i przestępuje z nogi na nogę, nie wiedząc, którą z możliwości wybrać.

Jeśli starasz się zatrzymać pojawiające się wątpliwości, wtedy umysł, który zatrzymuje, i umysł, który jest zatrzymywany, stają się podzielone i nigdy nie zaznasz spokoju umysłu.

Usuwanie pojawiających się myśli jest zupełnie jak zmywanie krwi krwią.

Jeśli bierzemy skrupuły za prawdziwą rzeczywistość, nieustannie poruszamy się w kole narodzin i śmierci. Powinniście zdać sobie sprawę z tego, że taka myśl jest jedynie przemijającą konstrukcją umysłową, i nie powinniście starać się jej uchwycić bądź odrzucać. Niech sobie będzie taka, jaka się pojawi, i taka, jaka zniknie. To tak, jak odbity w lustrze obraz. Lustro jest czyste i odbija wszystko, co się przed nim pojawia, a jednak żaden obraz nie pozostaje w lustrze.

Warunkowanie społeczne sprzyja utorzsamieniu się umysłu z niezmiennym wyobrażeniem o sobie samym, które jest sposobem samokontroli; w rezultacie człowiek zaczyna się uważać za "ja" - ego. Z tego też powodu umysłowy środek ciężkości przesuwa się ze spontanicznego i naturalnego umysłu na wyobrażenie ego. Kiedy to już się stanie, główny ośrodek naszego życia psychicznego utożsamiany jest z owym mechanizmem samokontroli. W ten sposób zrozumienie, jak "ja" może puścić "siebie", staje się prawie niemożliwe, gdyż ja to właśnie mój wyrobiony nawyk usilnego trzymania się siebie. Okazuje się, że jestem całkowicie niezdolny do jakiegokolwiek działania umysłowego, które nie byłoby zamierzone, wymuszone czy nieszczere. Stąd cokolwiek zrobię, aby zrezygnować z siebie, aby siebie puścić, będzie zamaskowaną formą owego wyrobionego nawyku usilnego trzymania się siebie. Nie jestem w stanie w sposób zamierzony czegoś niezamierzać ani być celowo spontaniczny. Gdy tylko spontaniczność staje się dla mnie ważna, wzmacnia się moje zamierzenie bycia spontanicznym; nie mogę się go pozbyć, choć jest to jedyna rzecz, która stoi na drodze do spełnienia samej siebie.

 Albowiem jeśli nie mogę nic poradzić na to, że coś robię, robię to spontanicznie, lecz jeśli w tym samym czasie próbuje to kontrolować, interpretuje to jako przymus.

Zejść na poziom rzeczywistości - "takości" - to wyjść poza karmę, poza działanie przyczynowe i rozpocząć życie zupełnie pozbawione celu. Pomimo to zarówno taoiści, jak i buddyści uważają takie życie z właściwe życie wszechświata, które jest doskonałe w każym momencie i nie musi się uciekać do czegoś poza sobą, aby usprawiedliwić swe istnienie.

Rysy charakterystyczne spontanicznego życia to mo chih ch'u - "podążanie naprzód bez wahania", wu-wei - które w tym kontekście można rozumieć jako bezcelowość, oraz wu-shih - bezpretensjonalność lub prostota.

Kiedy pewien dość agresywny mnich ze szkoły nichiren nie pozwalał by Bankei skończył mówić, powtarzając, że w ogóle go nie rozumie, Bankei poprosił go, aby podszedł bliżej. Mnich postąpił krok do przodu."Jeszcze bliżej" - powiedział Bankei. Mnich znowu zrobił krok do przodu. "Jak dobrze - powiedział Bankei - mnie rozumies!". Innymi słowy nasz naturalny organizm wykonuje niewyobrażalnie złożone czynności bez najmniejszego wahania czy zastanowienia. Świadoma myśl również opiera się na tym systemie spontanicznego działania i z tego też powodu naprawdę nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zdać się na jego pracę. To my jesteśmy tą pracą.

Jeśli macie najmniejszą choćby ochotę być lepszymi, niż w tej chwili jesteście, jeśli zaczynacie w najmniejszym choćby stopniu spieszyć się, aby coś odszukać, już działacie wbrew Nienarodzonemu.

 Różnica między adeptem zen i zwykłym człowiekiem polega na tym, że ten drugi, w taki czy inny sposób, ma problemy z zaakceptowaniem swojego człowieczeństwa i stara się być aniołem bądź demonem.

 "Jaki jest dźwięk jednej dłoni?".Czy można usłyszeć coś co nie wydaje dźwięku? Czy można wydobyć jakikolwiek dźwięk z tej jednej rzeczy, która nie ma w co uderzyć? Czy można posiąść jakąkolwiek "wiedzę" o swojej własnej naturze? Cóż za idiotyczne pytanie!

 Kwestia, kto lub co to jest, jawi się z całą oczywistością jako absurd - pytanie to było od samego początku zupełnie pozbawione sensu. Nie ma już nikogo, kto mógłby zadać sobie to pytanie czy udzielić na nie odpowiedzi. Pomimo to ta oczywista bezsensowność może się również śmiać i rozmawiać, jeść i pić, biegać w tę i z powrotem, patrzeć na niebo i ziemię, nie mając przy tym odczucia, że wewnątrz tego wszystkiego tkwi jakiś problem - swego rodzaju psychologiczny węzeł.

 Przebudzenie oznacza poznanie, czym rzeczywistość nie jest. Oznacza zaprzestanie utożsamiania się z jakimkolwiek przedmiotem wiedzy. Podobnie jak każde stwierdzenie o podstawowej substancji czy energii rzeczywistości musi być pozbawione sensu, tak samo jakiekolwiek stwierdzenie na temat tego, co składa się na podwaliny "mojej istoty", również musi być szczytem głupoty. Błądzenie wynika z przyjęcia za zdroworozsądkową podstawę fałszywego założenia metafizycznego; rodzi się z nieświadomej ontologii i epistemologii zwykłego człowieka, z jego cichego założenia, że jest "czymś". Przyjęcie założenia, że "jestem niczym", byłoby rzecz jasna równie błędne, ponieważ "coś", i "nic", "istnienie", i "nieistnienie" są pojęciami współzależnymi i na równi przynależą do tego, co "poznawane".

Tak długo, jak myślimy o tym, aby słuchać, nie jesteśmy w stanie słyszeć wyraźnie i tak długo, jak,jak myślimy o tym aby starać się lub nie starać pozwolić sobie na pełną swobodę, nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Pomimo to, niezależnie od tego, czy myślimy o tym, aby słuchać, czy też nie, uszy i tak słyszą i nic nie może powstrzymać docierających do nich dźwięków.

Kiedy życie jest puste, pozbawione przeszłości, i bezcelowe, pozbawione przyszłości, pustkę wypełnia teraźniejszość, która normalnie zredukowana jest do ułamka sekundy - zbyt krótkiego, by cokolwiek zdążyło się w nim wydarzyć.

 Decyzja i działanie muszą być jednoczesne. Takie właśnie było przesłanie obrazu drew i popiołu Dogena, gdyż stwierdzenie, że drwa nie "stają się" popiołem, jest równoważne stwierdzeniu, że nie mają one zamiaru stać się popiołem aż do czasu, gdy faktycznie nim są - a wtedy nie są już drwami.

Musimy po prostu pogodzić się z tym, że zen to właśnie ten aspekt naszego życia, który całkowicie wymyka się spod naszej kontroli i którego nie przybliżymy żadnymi wysiłkami, kombinacjami czy wybiegami, mogącymi dać w rezultacie co najwyżej marną imitację rzeczywistego przeżycia.

 Kiedy bowiem otworzymy oczy i spojrzymy trzeźwo, stanie się dla nas zupełnie jasne, że nie ma innego czasu jak tylko chwila obecna i że przeszłość oraz przyszłość są abstrakcjami pozbawionymi jakiejkolwiek treści.
 Dopóki nie zdołamy sobie tego uświadomić, będziemy mieć wrażenie, że całe nasze życie jest przeszłością i przyszłością i że teraźniejszość nie jest niczym więcej niż oddzielającym je nieskończenie cienkim włoskiem.

 Cytaty z Książki "Droga Zen" Alan W. Watts

Webmaster: Namgyal